„Cel od początku jest niezmienny. Chcieliśmy zrobić najlepszy band w Polsce” wywiad z Zespołem Chwalisz Band

Jak to się stało że jesteście bandem? Opisz kto gra w Waszym zespole, skąd się znacie?

 

Mateusz: To oczywiście była „moja szpila” (śmiech). W roku 2010 miałem okazję nosić sprzęt i grać za darmo w starym zespole mojego taty. Obserwując jak to wygląda z perspektywy sceny zacząłem analizować przebieg każdego z wesel. Dostrzegałem to czego nie widzieli o wiele bardziej doświadczeni koledzy mojego taty. Długie przerwy, nieaktualny repertuar, podejście w stylu „się zagra” to niektóre z mankamentów, które dało się odczuć i zauważyć. Nawet najdrobniejsze zasugerowanie zmiany czegokolwiek spotykało się z lekceważeniem, obojętnością i krytyką. Przecież byłem tam tylko na doczepkę 😉 .W domu miałem przecież doświadczonego wokalistę, gitarzystę i wodzireja, działającego na runku weselnym od 1986 roku – jest nim mój ojciec Waldek. Oprócz tego mój brat Marek to bardzo zdolny perkusista, który ma świetny głos i bardzo rozwinął się pod względem technicznym. Tak od 2010 roku fundament i filar Chwalisz Band stanowi „Ostatnie takie trio”:

Mateusz Chwalisz – wokal, gitara elektryczna

Waldemar Chwalisz – wokal, gitara akustyczna, wodzirej

Marek Chwalisz – wokal, perkusja

Od początku działalności jesteśmy pięcioosobowym składem, a pozostała „dwójka” zmieniała się na przestrzeni lat, dokładając swoją „cegiełkę” do budowania marki Chwalisz Band. W 2020 roku w składzie pojawiły się dwie świetne kobiety. Pierwszą z nim jest moja żona, więc do składu dołączył kolejny „Chwalisz”. Monika gra na saksofonie, gitarze basowej oraz prowadzi animacje – poznacie ją po oszołamiająco niebieskich włosach.

Ponad to jest z nami Justyna Kalbarczyk obejmująca stanowisko wokalistki. Justynę znalazłem przypadkowo w Internecie. Zdzwoniliśmy się, porozmawialiśmy chwilę. Wiedziałem, że ten kontakt był kluczowy i w przyszłości nasze muzyczne ścieżki się połączą. Jej głos bardzo się wyróżniał i od razu mi się spodobał. Ma w sobie to coś. Żeby dokładnie zrozumieć co mam na myśli zapraszam do obejrzenia naszych teledysków. Idealnie wpasowała się w całą koncepcję i świetnie odnajduje się w tym co robimy.

Dlaczego postanowiliście grać na weselach?

 

Mateusz: To było nieuniknione (śmiech). Waldek to weteran sceny weselnej. Z Markiem śmiejemy się, że to nie on nas wychowywał tylko mama – przecież on ciągle był na weselach (śmiech) To on zaszczepił w nas miłość do muzyki, a my mimo wszystko chcieliśmy osiągnąć coś więcej.

Cel od początku jest niezmienny. Chcieliśmy zrobić najlepszy band w Polsce. Czy nam się udało? Jest to bardzo długa droga wymagająca jeszcze więcej ciężkiej pracy. Mamy nadzieję, że kiedyś to się uda.

To coś niesamowitego jak widzimy reakcje gości na grane przez nas utwory. Gratulacje po zagranym bloku muzyczny, na koniec wesela i recenzje pojawiające się na naszym fanpage to duże wyróżnienie, które bardzo jest bardzo budujące. Trudno to opisać słowami – to trzeba przeżyć.

 

Co Was wyróżnia na tle innych zespołów? Macie jakiś konkretny styl który reprezentujecie?

 

Marek: Połączenie nowoczesności z tradycją – to nasza główna przewaga. Dodatkowym atutem jest to, że jesteśmy rodziną. Kluczowe jest również to, że każdy z nas wychował się na innej muzyce. Połączenie wszystkich tych nurtów powoduje, że jesteśmy bardzo uniwersalni. Da się to odczuć na parkiecie gdy blok muzyczny zaczynamy klasycznym, wolnym utworem

 

Co lubicie grać a czego raczej unikacie?

 

Marek: Hity lata i hity na lata 😀 W tym czujemy się najlepiej. Jeżeli jakiś utwór usłyszysz w radiu z pewnością go zagramy. Nie zapominamy również o klasykach. Nieśmiertelne hiciory świetnie wpasowują się w wesele. Dzięki temu, że jesteśmy z rocznika 89-96 powoduje, że gramy nowoczesne utwory. Obecność Waldka w składzie powoduje, że biesiada, czy starsze utwory również znajdują się w naszym repertuarze.

Opowiedzcie jakąś fajną przygodę weselną- coś nietypowego i zakręconego. Może jakaś dziwna muzyczna prośba?

 

Waldek: Trzeci cios.

Historia, którą chcę przytoczyć wydarzyła się dość dawno temu kiedy grałem w poprzednim zespole na weselnym przyjęciu odbywającym się w miejscowości nazwijmy ją „Z” w sali wiejskiej niedaleko Ostrowa Wielkopolskiego.

Podczas trwania imprezy gdy graliśmy kolejny blok muzyczny zrobił się „ni stąd ni z owąd” wielki szum i część gości w wielkim zaniepokojeniu przemieszczała się do tzw. przedsionka czyli korytarza prowadzącego do wyjścia. W pierwszej chwili nie byliśmy zorientowani o co chodzi i skąd ta panika, ale nie przerywając dokończyliśmy blok muzyczny, po czym postanowiliśmy sprawdzić o co chodzi. Gdy po chwili nasza ekipa dotarła na miejsce zdarzenia naszym oczom ukazała się postać starszej pani, która leżała na wznak na betonowej posadzce i nie dawała oznak życia.

Nad kobietą bezradnie i w wielkiej panice krzątało się wiele osób, nie bardzo wiedząc w jaki sposób pomóc poszkodowanej. Wspomnę w tym miejscu że w owym czasie nie było rozpowszechnione udzielanie pierwszej pomocy i ludzie nie posiadali tej umiejętności.  Obecnie wygląda to inaczej bo już w przedszkolach uczy się maluchy tej zdolności.

Tak więc zawezwano karetkę pogotowia i czekano na jej przyjazd 40 minut. W tym czasie przyjęcie weselne jakby wyhamowało. Część gości raczyła się trunkami wyskokowymi, część wyszła na papierosa, a jeszcze inni biernie przyglądali się leżącej kobiecie. Smaczku całej sprawie dodawało to że na sali znajdowały się młode dziewczyny (koleżanki pani młodej), uczennice Szkoły Medycznej w Ostrowie Wielkopolskim o czym dowiedzieliśmy się dopiero później.

Kiedy już pomoc się pojawiła czyli R-ka dojechała zaczęła się reanimacja, starsza pani podłączona pod elektrody tylko podskakiwała na posadzce. Niestety, nie przynosiło to raczej żadnych efektów i po dwóch kwadransach walki ratownicy medyczni byli zmuszeni się poddać.

Zapakowali denatkę w czarny worek i tak pozostawiając ciało odjechali. Muszę się tu przyznać że po raz pierwszy w życiu byłem świadkiem czyjejś śmierci i zderzenie się z taką sytuacją wywarło na mnie ogromne wrażenie.

Jakby tego było mało to jeszcze nie jest koniec tej opowieści, ponieważ pomimo takiej tragedii to najlepsze smaczki dopiero przed nami. W tamtym momencie czułem, że wesele umarło wraz z tą panią, a na sali panowała dosłownie grobowa cisza. Nie mieliśmy pojęcia jako zespół jak dalej postąpić. Czy dalej bawić gości…? Wydawało nam się w tym momencie, że skoro mamy trupa na sali to raczej muzyka nie wchodzi w grę.

Nie można było nawet podjąć konsultacji z Młodą Parą, ponieważ w dziwnych okolicznościach zniknęli i nikt nie miał pojęcia gdzie się podziali. Postanowiliśmy z całym bandem wyjść z sali i się przewietrzyć, gdyż było bardzo duszno, środek lata a o klimatyzacji w tamtych czasach raczej nikt nie słyszał.

Będąc już na zewnątrz dostrzegliśmy, że przed salę podjeżdża samochód „Polonez Caro” w kolorze seledynowym, który to jako pojazd miał odegrać niebagatelną rolę w tej historii. Z tego właśnie pojazdu wyłonili się zaginieni nowożeńcy i syn oraz wnuk zmarłej starszej pani. Obaj panowie bez zbędnych ceregieli złapali z dwóch stron czarny worek wraz z jego zawartością i przenieśli obok zaparkowanego auta wspomnianego już wcześniej Poloneza. Drzwi bagażnika zostały otwarte i na oczach gości weselnych przebywających na zewnątrz, po odpowiednim rozbujaniu tak jak robi się to z ziemniakami worek wraz z ciałem tej nieszczęsnej kobiety został wrzucony do środka. Widząc to otrzymałem drugi cios tamtego popołudnia i nie byłem pewny, czy to dzieje się naprawdę czy to jakiś sen.

Najlepsze miało nadejść niebawem. Po tym jak rodzina uprzątnęła ciało, bo inaczej tego nazwać nie można, wróciliśmy do stolika na scenie, aby napić się coś niegazowanego za spokój duszy nieboszczki oraz z powodu bardzo wysokiej temperatury jaka panowała w środku. Tak przesiadując wdaliśmy się w dyskusję o zaistniałej sytuacji z filmowcem i fotografem, którzy w owym czasie pracowali w oddziale Telewizji Polskiej we Wrocławiu i w wolnym czasie dorabiali na weselach. Jako ciekawostkę uchylę rąbka tajemnicy że fotograf był wysoki i tęgi, a co najważniejsze niewiele zjadał. Operator kamery był tego przeciwieństwem. Był wątły, zabiedzony i chuderlawy, lecz potrafił zjeść tak wiele, że został przez nas nazwany „żarłaczem weselnym” – ale to już temat na kolejną śmieszną opowieść o weselnych przygodach.

Kiedy tak siedzieliśmy rozmawiając o dramatycznych wydarzeniach jakie przed chwilą rozgrywały się na naszych oczach, na scenę z rządzą mordu w oczach wpadł nie kto inny jak sam Pan Młody i zwracając się do nas wypowiedział następujące słowa „Co jest ku®w@ panowie?! Za co wam płacę?! Macie tak zamiar siedzieć do rana?! Grać mi tu zaraz!!!” Po chwili dodał: „To była tylko moja sąsiadka, to był jej trzeci zawał i strzeliła w kalendarz. Jedziemy z imprezą!”. Wstaliśmy od stołu i zaczęliśmy grać. Dla mnie to był trzeci cios tego dnia.

Gracie już 10 lat, powiedzcie jak na przestrzeni tego czasu zmieniły się wesela?

 

Mateusz: Oj bardzo. Nie ukrywam, że bardzo mnie cieszy fakt, że formuła wesel na przestrzeni ostatnich lat, tak bardzo się zmieniła. Mając 20 lat moje wyobrażenie o weselu wyglądały podobnie jak ślub Rossa i Emily w 23 odcinku czwartego sezonu, serialu „Przyjaciele”.

Przepiękne miejsce, np. ruiny zamku, przyozdobione niezliczoną ilością lampek i świec, do tego czerwony dywan – to jedna z wielu scenerii, które podobają mi się najbardziej i przyprawia mnie o zachwyt. Jedzenie przygotowane przez wykfalifikowanego kucharza, serwowane i podawane przez zawodowych kelnerów. Muzyka nowoczesna przeplatana z nieśmiertelnymi klasykami, grana przez elegancko ubrany zespół, stojący na scenie na której znajdują się ruchome głowice, używający topowego sprzętu, posiadający wodzireja, który poprowadzi wszystko z humorem i klasą.

Jak zaczęliśmy grać jako Chwalisz Band lokalni usługowcy z branży, mówili, że podchodzimy do tematu wesel „zbyt ambitnie”. „Przecież to tylko wesela….” Patrząc na nas jak na odmieńców. Dlatego też, lokalnie gramy tak mało.

To o czym wspomniałem jest teraz standardem. Jeździmy do pięknych pałaców, zamków, nowoczesnych stodół lub fabryk przystosowanych typowo do wesel w stylu industrialnym, znajdujących się w różnych, nawet najbardziej odległych częściach Polski. Odcinek, który przytoczyłem miał premierę w 1998 roku i w tamtym czasie taki ślub, w takiej formie w Anglii był standardem. Trochę zajęło, zanim do Polski dotarł ten trend. Cieszy mnie, że dzięki naszym klientom mamy okazję być częścią tak podniosłego i ważnego wydarzenia w ich życiu i przy okazji zwiedzać te wszystkie, wyjątkowe miejsca.

           

Czy po tylu latach wesela wciąż was wzruszają lub bawią? Czy to tylko sposób na życie, po prostu?

 

Mateusz: Wzruszające chwile są niesamowite. Takie widoki powodują, że każdorazowo mamy ciarki na plecach, a łzy cisną się do oczu. Nie zmienia to faktu, że każde wesele, na które jedziemy jest dla nas wyjątkowe. Co tydzień poznajemy nowych ludzi, zawieramy nowe znajomości. Widzimy uśmiechy, radość i energie, którą odbierają i przekazują nam z zdwojoną siłą goście bawiący się pod sceną. Tego nie można opisać – to trzeba przeżyć!

 Jest to również sposób na życie – nie ukrywamy tego. Nie pracujemy na etatach i to powoduje, że na każde wesele przyjeżdżamy wypoczęci i zmotywowani, a nie przemęczeni po całym tygodniu pracy w korporacji.       

   

Z jakim wyprzedzeniem trzeba u was rezerwować termin? Jak to najczęściej się odbywa- czy wasi klienci przychodzą z polecenia czy raczej was wynajdują w sieci?

 

Mateusz: Jeżeli mówimy o terminach weekendowych to w około 1 roku do dwóch lat, W tygodniu jesteśmy trochę mniej oblegani, lecz są miesiące gdzie trudno znaleźć u nas wolny czwartek lub piątek. 

Na początku działalności graliśmy bardzo lokalnie. Aktualnie dominuje u nas zawieranie umów i pozyskiwanie klientów z Internetu. Większość Par Młodych, które decyduje się na wesele z naszym udziałem, na co dzień mieszka w Holandii, Irlandii, Szkocji, Wielkiej Brytanii czy nawet w Australii, a planują swoje wesele w Polsce. Znajdują nas w sieci i na podstawie naszego portfolio oraz recenzji klientów decydują się na nasze usługi. Formalności dopinamy przez maila, a pierwszą przysłowiową „piątkę” mamy okazję przybić na sali po toaście składając im życzenia.

Oprócz tego, że jesteśmy rodziną to jesteśmy również legalnie działającą firmą. To powoduje, że zwiększamy nasze zaufanie.

Opowiedzcie o tym jak wygląda z waszej perspektywy typowa sobota w sezonie gdy gracie wesele.

 

Monika: Nasza typowa sobota, tak naprawdę zaczyna się już w piątek wieczorem, gdy wszyscy pakujemy walizki, prasujemy koszule oraz sukienki. Osobiście wolę sprawdzić to trzy razy dzień wcześniej, niż przed wyjazdem stresować się, że o czymś zapomniałam. Nasza praca rozpoczyna się rano w sobotę, gdy ok 8-9 mamy „zbiórkę”. Na początku zawsze przypada kilka mniej przyjemnych obowiązków, trzeba zabrać z sali prób instrumenty oraz pozostały sprzęt, dalej wyruszamy do garażu po naszą przyczepę – no i tutaj zaczyna się robić ciekawie. Odwieczny problem, czyli tzw. „weselne stygmaty”. Podczas zapinania przyczepy ZAWSZE ktoś się pobrudzi o hak i chodzi z ubrudzoną łydką (śmiech). W ten sposób straciłam już spodnie (śmiech).

No i wyruszamy w trasę, to raczej przyjemny czas, szczególnie przez pierwszą godzinę drogi. Rozmawiamy ze sobą, dyskutujemy, każdy opowiada co takie przydarzyło mu się w ostatnim tygodniu, dalej następuje stopniowe wyciszenie. Jedni śpią i podładowują baterie na noc pełną wrażeń, inni czytają książki lub słuchają muzyki oraz podcastów. Do tych słuchających muzyki zawsze należy Marek, to najodpowiedniejszy moment, żeby przekazać mu złe wieści, w razie czego „przecież było mówione”.

Gdy jesteśmy już na miejscu w pierwszej kolejności witamy się z obsługą sali, to też bardzo ważny moment w ciągu naszej „typowej soboty”, wtedy uzyskujemy wszystkie informacje dotyczące tego, gdzie mamy się rozłożyć, otrzymujemy także godziny wydawania posiłków, co jest bardzo kluczowe dla nas, to właśnie decyduje o tym, czy całość przyjęcia przebiegnie we właściwym tempie. Gdy mamy już to wszystko – rozpoczynamy montaż naszej sceny. Nigdy nie brakuje śmiechu i rozmów, w tle zawsze dźwięczy nasza play lista na tę okoliczność (btw. do składania sprzętu po zakończonej pracy mamy zupełnie inny zestaw piosenek). Dla mnie na pewnym etapie montaż się kończy, w końcu muszę się uczesać i pomalować. Niestety, my kobiety, potrzebujemy też trochę czasu dla siebie, aby wyglądać olśniewająco. W tym miejscu mam sposobność zwrócić się do WSZYSTKICH lokali z ogromną prośbą – MONTUJCIE W ŁAZIENKACH ZIMNE OŚWIETLENIE. Panie na pewno wiedzą o czym mówię, w żółtej barwie światła nie sposób się pomalować, za to bardzo łatwo jest wyjść z pomarańczową twarzą i „plackami” różu na policzkach jak Pikachu (psss. poważnie, tak też bywa).

Z makijażem i fryzurą  jesteśmy gotowe na próbę dźwięku, wtedy mamy możliwość sprawdzić czy wszystko działa jak należy, możemy się rozśpiewać i rozegrać. Taka próba dźwięku odbywa się ok godziny przed przyjazdem PM, to daje nam sporo czasu na wyeliminowanie wszelkich możliwych usterek.

Gdy wszystko gra, a pod lokal podjeżdżają pierwsze samochody, my z uśmiechami na twarzy jesteśmy gotowi by powitać PM. Każde przyjęcie weselne nie obędzie się bez powitania chlebem i solą, wzniesienia toastu, sto lat oraz życzeń. Gdy wszystkie te elementy są już odhaczone na check liście, przychodzi czas na prawdziwe szaleństwo. Ten moment lubię najbardziej, parkiet wrze, „tynk sypie się ze ścian”, a my wraz z gośćmi skaczemy w rytm kolejnych utworów.

Największe szaleństwo oczywiście zaczyna się po oczepinach, uwielbiam ten moment z dwóch względów. Po pierwsze, zarówno dla gości jak i dla PM wszystkie najważniejsze punkty programu są już zrealizowane i teraz zaczyna się prawdziwe wariactwo na parkiecie. Po drugie, to moment, w którym zakładam płaskie obuwie. Tak naprawdę to nie wiem co w tym momencie jest lepsze (śmiech).

Każde przyjęcie ma w sobie wiele sentymentalnych momentów, np. podziękowania dla rodziców. Dla mnie takim sentymentalnym momentem jest zawsze godzina 4:00, gdy z naszych instrumentów toczy się po parkiecie pełnym zmęczonych gości utwór „Nie płacz Ewka”. Goście chwytają się za ramiona, kiwając się w lewą i prawą stronę, z dłonie biorą zapalniczki i smartfony z uruchomioną latarką i śpiewają, ile sił w płucach, razem z nami. To taki moment kiedy wiemy, że zebrani goście są zadowoleni, kiedy udało nam się przekazać im nasze emocje i naszą energię, kiedy wiemy, że tak jak my, nie chcą się jeszcze żegnać. Nigdy na końcu nie brak jest oklasków, wiwatów, przybitych piątek i „żółwików”.

Kiedy na sali zostają panie z obsługi, które zbierają obrusy, my kontynuujemy naszą pracę, zwijamy sprzęt i przywitani wschodem słońca ruszamy w drogę do domu. Każde takie przyjęcie dostarcza wiele wspomnień i wrażeń, które pozostają z nami na długo. Budujące są dla nas podziękowania gości, ich uśmiechy, uściski oraz recenzje, jednak największą nagrodą jest własna poduszka, ciepła

A jak wyglądają inne dni, co robi zespół w dzień powszedni?

 

Monika: W tygodniu muzyka również nas nie opuszcza. Oczywiście, coraz częściej, mamy przyjemność grać przyjęcia weselne w środy, czwartki i piątki. Jednak gdy tak nie jest, większość naszych czynności kręci się wokół muzyki. Część z nas w ogóle nie pracuje na etacie, szkolimy się, korzystamy w lekcji gry na instrumentach lub śpiewu, odwiedzamy warsztaty, kształcimy się. Ja wraz z Mateuszem prowadzę lekcje gry na gitarze oraz ukulele, więc na co dzień mamy styczność z młodymi umysłami, które chłoną wiedzę jak gąbka, przynajmniej wiemy, kto za  10-20 lat wygryzie nas z rynku (śmiech).

Oczywiście spotykamy się również na próbach 2-3 razy w tygodniu, poświęcając na nie łącznie nawet 12 h. Nie stosujemy praktyk innych zespołów, które na czas trwania sezonu weselnego zawieszają próby. Przez cały rok pracujemy nad repertuarem, sprzętem i nowymi rozwiązaniami.

Każdego dnia cieszę się, że muzyka stała się moją pasją oraz moim sposobem na życie. Już nie muszę znajdować dla niej czasu w pędzie dnia, czy tygodnia. Teraz usiłuję znaleźć czas na inne, mniej ważne sprawy, jak np. prasowanie, którego nienawidzę (więc nie jest mi specjalnie przykro, że na to brakuje czasu).

Gdy zaczynałam grać w Chwalisz Band byłam już instruktorem muzyki w Gitarowym Graniu, zatem nie doświadczyłam pracy na trzy zmiany i dramatycznego zmęczenia w drodze „na” lub „z” wesela. Mateusz i Marek doskonale wiedzą czym to smakuje i na pewno potwierdzą moje słowa, że tryb życia, który teraz prowadzimy, muzyczny tryb życia, pozwala nam zachować 100% energii i koncentracji właśnie na sobotnie wesele.

 

Jakieś plany na przyszłość? Zmiany?

 

Mateusz: „Wiecie dlaczego ludzie boją się zmian? Bo zmiany przenoszą człowieka z pozycji mistrza do pozycji ucznia.” Takie zdanie wyczytałem kiedyś, gdzieś w Internecie i od lat mi towarzyszy. Niestety, nie pamiętam kogo to słowa i kto jest autorem. Zmiany są nieuniknione. Jest to proces ciągły i nieustający. Żeby osiągnąć cel, musisz się rozwijać i reagować na potrzeby. Jeżeli się zatrzymamy to zaczniemy się cofać, a do tego nie możemy dopuścić. Obserwuje nasze social media i bądźcie na bieżąco 😉

1 Comment
  • Mateusz Chwalisz
    Posted at 20:52h, 01 czerwca Odpowiedz

    Bardzo dziękujemy za zaproszenie do wywiadu <3 Mamy nadzieję, że się podoba 😉

Post A Comment